Walentynka i muffinka, rymuje się, prawda? Skro rym jest (nawet jeżeli częstochowski), to szkoda byłoby nie wykorzystać okazji i na Walentynki nie stworzyć muffinek.
Wspólnymi siłami uczniowie klasy 1a upiekli muffinki, niestety efekt, nie został uwieczniony, ponieważ, nooo, jakby to powiedzieć… delikatnie mówiąc został skonsumowany.
Dość pospiesznie, tak to dobre słowo, pospiesznie…
W walentynkowy piątek, całą klasą udaliśmy się do laboratorium przyszłości, dźwigając niezbędne utensylia, by tam oddać się pasji pieczenia.
Najbardziej problematyczny okazał się czerwony barwnik, który nieostrożnie używany na długo zagości na rękach.
Na szczęście obyło się bez wpadek, a ciasto uzyskało piękny różowy kolor, przywodząc na myśl właśnie Walentynki.
Wszyscy wkładając trud i angażując się w powierzone zadania, upiekliśmy różowe cuda. Żeby nie było, że z nas egoiści, podzielimy się przepisem.
Ko wie? może ktoś zechce zaskoczyć swą piękniejszą połowę i 8 marca podać taką rozkoszną muffineczkę z poranną kawką na śniadanie…
Ale ja nic nie sugeruję, ale jak mawia moja mama: jeżeli mogę coś powiedzieć: byłoby miło ;-)
No a teraz obiecany przepis:
125 gram margaryny albo masła (my daliśmy masło, a kto bogatemu zabroni)
1,5 szklanki mąki
1,5 szklanki cukru (sugeruję dać mniej)
0,5 szklanki mleka
sok z połowy cytryny (można pominąć)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jaja (jeśli macie znajomości, może być od Chickaletty)
sól
Ekstra: czerwony barwnik maksymalnie pół łyżeczki. Chyba, że wolicie takie sauté, to nie.
Rozpuszczamy masło/margarynę, studzimy.
Miksujemy resztę składników, na koniec wlewamy rozpuszczony tłuszcz.
Wypełniamy papilotki do ¾ wysokości i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 175- 180 oC przez około 20-25 minut (to zależy od Waszego piekarnika).
My zrobiliśmy z podwójnej porcji, pamiętajcie, żeby cukru nie dawać aż tyle, ja zalecałabym 2 szklanki, no i proszek do pieczenia pozostaje bez zmian.
Dla tych po Masterchef: możecie zrobić krem ze śmietanki i mascarpone, albo a co tam: czekoladowy ganache.
Smacznego!
